Debata o Mediach Publicznych
Data: 1970-01-01 03:00
27 czerwca 2008 r.
Fundacja Centrum Prasowe dla Krajów Europy Środkowo-Wschodniej
oraz Oddział Warszawskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich
zorganizowały debatę dotyczącą ustroju i funkcjonowania mediów publicznych.
W debacie wystąpili
Maciej Wierzyński z referatem pt.: „Media publiczne w Stanach Zjednoczonych”.
Robert Kozak z referatem pt.: „Ustrój i działalność BBC”.
Krzysztof Turowski z referatem pt.: „Ustrój i działalność francuskich publicznych mediów elektronicznych”.
Jan Dworak z referatem pt.: „Postulaty dotyczące ustroju polskich elektronicznych mediów publicznych”.
Stefan Bratkowski z referatem pt.: „Stanowisko Fundacji Centrum Prasowe w kwestii ustroju i organizacji polskich publicznych mediów elektronicznych”.

Media publiczne – SKRÓT
Robert Kozak
Na początku lat 20-ch. W nowootwartym klubie golfowym w miejscowości Sussex pod Londynem zebrało się kilku dodrze urodzonych dżentelmenów, którzy po partyjce golfa, przy szklaneczce Whisky i cygarach, lubili jeszcze porozmawiać o różnych, ważnych sprawach tego świata. Byli zafascynowani radiem i powstającymi w USA rozgłośniami radiowymi. Był to rynek dziki, na którym obowiązywały prawa dżungli a dziennikarstwo i biznes mieszały się z mafią. Panowie zaprzysięgli sobie wówczas, że zrobią wszystko aby nie dopuścić do czegoś podobnego w Wielkiej Brytanii... I założyli BBC.
Zostawmy jednak historię. Ważne jest to, że BBC powstało jako przeciwwaga dla komercji i do dzisiaj pełni i taka rolę. W USA funkcję tę spełnia dziś telewizja PBC, ale przyjęte tam rozwiązania różnią się zasadniczo od tych przyjętych w Wlk. Brytanii. Można nawet powiedzieć, że PBC i BBC – to dwa skrajne modele telewizji publicznej. Obie prezentują bardzo wysoki poziom, z tym że telewizja PBC dociera do bardzo wąskiego grona odbiorców, mniej więcej 1 -2 % społeczeństwa, podczas gdy BBC, której główny program zajmuje ok. 50 proc rynku, stawia nie tylko na jakość, ale również zabiega o to, aby dotrzeć do maksymalnie szerokiego kręgu odbiorców. A wszystko zgodnie z zasadą, że trudno jest mówić o jakiejkolwiek misji, jeśli nie ma dużej grupy widzów, czy słuchaczy. Bo przecież taki jest cel istnienia publicznej telewizji czy radia. Z punktu widzenia BBC, można więc zasadnie postawić pytanie, czy i na ile amerykańska PBC realizuje misję publiczną, skoro kieruje swoje programy do bardzo wąskiego grona ludzi, którzy i tak uczestniczą w debacie publicznej, nie mówiąc już o tym, że odbiorcy ci mają również łatwiejszy dostęp do tego co nazywamy wysoką kulturą.
W Polsce trwa teraz poważna debata, czy telewizja publiczna realizuje misję i dlaczego idzie to tak źle. Patrząc z tego punktu widzenia doświadczenie BBC może być pouczające. Brytyjczycy mają pełną świadomość tego, że sama misja to za mało, że odbiorca oczekuje programów, która oddziaływują na jego emocję. Zadaniem BBC - jest więc tworzenie takiego programu, który – z jednej strony - przyciągał by odbiorców, a z drugiej - był też swego rodzaju pasem transmisyjnym, służącym realizacji celów misyjnych.
Pamiętam dyskusję nad jednym z naszych programów. Rozmowa była mniej więcej taka:
- Dlaczego by nie zrobić takiego i takiego programu dla Polaków?
- Bo to nikogo w Polsce nie interesuję.
- A czy to jest ważne dla Polaków,
- Tak, jest ważne.
– To róbcie to tak, żeby oni wiedzieli, że to jest dla nich, i ważne, i ciekawe.
- Ale to jest trudne!
- A kto powiedział ze będzie łatwo!
Podsumowując: BBC ma ten sam problem co i wszyscy: dążenie do tego aby dotrzeć do szerokiego grona odbiorców rzeczywiście grozi czasami utratą fukcji misyjnych. Z drugiej jednak strony, jeśli skoncentrujemy się wyłącznie na misji, na poważnych debatach i programach, nie zawsze oddziaływujących na uczucia odbiorcy, to pojawi się realna groźba, że telewizja straci podmiot, na który ma oddziaływać.
Pytanie więc: co decyduje, że BBC może istnieć i ma się całkiem nieźle?: - Moim zdaniem dwa podstawowe czynniki: kultura polityczna i kultura korporacyjna, w której elementami są m.in. standardy dziennikarstwa. Mówiąc inaczej, jako czynnik zewnętrzny, konieczne jest zrozumienie przez polityków roli mediów publicznych i stworzenie organizacji, która rządzić się będzie pewnymi zasadami, prawami, co z kolei określam mianem kultury korporacyjnej.
To różni również media publiczne od komercyjnych. Te ostatnie tworzą program, żeby zarabiać pieniądze, a telewizja publiczna powinna mieć pieniądze, żeby stworzyć program.
I powiedzmy też wprost: problem tabloidyzacji mediów oraz relacji między mediami publicznymi i komercyjnymi, to nie jest tylko polski problem. Także w innych krajach europejskich oraz w Stanach Zjednoczonych toczy się poważna debata nad polityką medialną i coraz częściej można spotkać się z opinią, że w określonej sytuacji media komercyjne mogą być zagrożeniem dla demokracji. Dzieje się tak ponieważ mają one naturalną tendencję do upraszczania rzeczywistości, prezentowania czarnobiałego obrazu świata i pokazywania polityki jedynie jako walki sił, których jedynym celem jest zdobycie władzy. I nic więcej! Ale to nie jest prawda. Przynajmniej nie do końca. Owszem, poważne siły polityczne walczą ze sobą, aby przejąć władzę, ale przecież ma ona służyć realizacji jakichś swoich celów, wizji, ideologii. Tymczasem media komercyjne często to omijają, bo uważają ze jest to nieciekawe. Bo trudno to pokazać. I po to właśnie potrzebne są media publiczne, żeby takie rzeczy pokazywać i objaśniać.
W toczącej się na świecie dyskusji coraz częściej formułowane jest pytanie czy właśnie takiej roli mediów nie przywrócić. Niestety podobnej debaty w Polsce w tej chwili brak. Beneficjenci ze wszystkich stron, poczynając od 1990 r, zawłaszczają media publiczne, niszcząc je. Można powiedzieć, że podcinają gałąź, na której siedzą, bo jeżeli obniżają rangę telewizji publicznej i nie stwarzają przeciwwagi dla uproszczonego postrzegania i pokazywania świata, to sami przyczyniają się do powstania sytuacji, w której w polityce i w mediach zaczynają wgrywać watażkowie, których jedynym celem jest zdobycie władzy.A skoro o wszystkim decyduje chęć zdobycia władzy, to zasady etyczne tracą znaczenie, a ich ie miejsce zajmuje PR. Kto zbuduje lepszy PR, ten wygra wybory. I ci wszyscy poważni politycy na świecie doskonale zdaja sobie sprawę,że jest to dla nich niebezpieczne. Przekonują się do potrzeby istnienia mediów publicznych, a co więcej zaczynają zdawać sobie sprawę z potrzeby ochrony tych mediów.
Jak wygląda dzisiaj struktura BBC? – Niedawno uległa zmianie. Od 1 stycznia 2007 roku niema już czegoś takiego, jak Rada Gubernatorów. Powstała natomiast BBC-Trust, która składa się z 12 członków, których powołuje minister kultury, mediów i sportu. Jednoosobowo, członek rządu!.
Wyobrażam sobie, co by się działo, gdyby w Polsce przyjęto podobne rozwiązanie i członków rady nadzorczej telewizji publicznej, powoływał ktoś z rządu, czyli z rządzącej partii. Tyle, że w Wielkiej Brytanii nikomu nawet do głowy nie przyjdziei, żeby wśród 12 członków BBC-Trust zasiadał jakikolwiek polityk. To nie wypada. I to właśnie nazywam kulturą polityczną.
Tego w Polsce brakuje. Politycy nie rozumieją, że pewnych rzeczy robić nie wypada i w rezultacie ryba psuje się od głowy. Co z tego że KRRiT powołuje Sejm, Senat i prezydent – wszystko po to żeby zapewnić pluralizm. A jaki z tego efekt? – Widzimy.
Nie ma, moim zdaniem ustawowego, zabezpieczenia niezależności mediów publicznych, dopóki politycy sami nie zrozumieją tego, że to w ich interesie leży, żeby te media były niezależne. I to jest podstawowy warunek powodzenia zmian w sposobie funkcjonowania mediów publicznych w Polsce.
BBC-Trust składa się z 12 osób, i zasada jest taka, że z definicji tych 12 osób prezentuje interes płatnika abonamentu, to znaczy całego społeczeństwa. Wśród tych 12 członków muszą być reprezentowane wszystkie narodowości, które zamieszkują Wielka Brytanię. I ten właśnie BBC-Trust powołuje zarząd. Nie będę tego szczegółowo omawiać, bo nie jest to istotne. Ważna jest idea, na której opiera się funkcjonowanie BBC.
Z kolei kwestie finansowe. 3/4 wpływów BBC pochodzi z abonamentu. W Polsce jest trochę inaczej. BBC nie nadaje reklam, ale ściągalność abonamentu jest ogromna, rzędu 90 proc. Kiedy mieszkałem w Wielkiej Brytanii widziałem plakat na ulicy – Na białym tle czarnymi literami było napisane, że na tej ulicy mieszkają dwie rodziny, którzy nie zapłaciły abonamentu radiowo-telewizyjnego. W następnym miesiącu wywiesimy ich nazwiska. Pokazywało to, jak ważne jest ściąganie abonamentu. Jest on też dosyć wysoki, trochę mniej niż 150 funtów rocznie.
Teraz jeszcze o kulturze organizacyjnej. Jest ona bardzo ważna. W 2000 r szefem BBC został Greg Dyke. Był to największy z liderów, jakich miała BBC od początku swojej historii. Chociaż BBC była uważana wówczas za wzór i wielu ludzi powoływało się na jej standardy, to działy się w niej rożne dziwne rzeczy , a jej struktura była dosyć skostniała. I wtedy przychodzi Greg Dyke. Na drugi dzień po rozpoczęciu pracy zebrał wszystkich pracowników i powiedział tylko jedno zdanie, z mojego punktu widzenia, fundamentalne: problem BBC tkwi w tym, że w jest mnóstwo menadżerów, a brakuje liderów.
To była słuszna diagnoza. Wychodząc z takich założeń zaproponował, aby wszystkich menadżerów wysyłać do jednego z najbardziej prestiżowych uniwersytetów biznesowych w Europie, na którym uczono by ich zarządzania firmami i organizacjami, a także kulturą korporacyjną, żeby ludzie czuli idee – to, po co istniejemy. Wpajano w nas m.in. to, ze najważniejszą częścią każdej organizacji, każdej firmy są ludzie, że nie zarządzamy programami, projektami, tylko ludźmi.
Czego nas tam uczono? - Niezależności politycznej, standardów dziennikarstwa, jako ważnego elementu kultury politycznej, a także delegowania zadań i uprawnień. To ostatnie było szczególnie ważne. Jeżeli bowiem szef redakcji jest osobą, która podejmuje wszystkie decyzje, to ludzie pracujący pod jego kierunkiem są pozbawieni odpowiedzialności, a w rezultacie nie tworzą dobrych programów. W końcu żaden szef nie jest tak kreatywny żeby zmieniać wszystko! Jeżeli więc nie deleguje się zadań na ludzi, jeżeli hierarchia budowania stosunków międzyludzkich jest pionowa i szef ma zawsze rację, to nigdy nie powstanie dobry program.
I kolejna rzecz bardzo ważna - muszą istnieć pluralistyczne redakcję. Tworzą je ludzie, którzy maja rożne punkty widzenia, myślą różnie. I to jest najbardziej pozytywne. Bo jednomyślność – to bezmyślność.
Porównajmy to teraz z doświadczeniami polskiej telewizji publicznej. I to bez względu na to, w jakim okresie żyjemy. Kogo się mianuje na szefa redakcji telewizji publicznej, jak się wybiera redaktora działu publicystyki, który potem dobiera sobie współpracowników myślących jak on? – Tymczasem – powtarzam - może powstać żaden dobry program telewizyjny publicystyczny bez pluralizmu. Zasada jest prosta – prowadzący program publicystyczny, (już nie mówię o informacyjnych), zawsze występuje w imieniu płatnika abonamentu i dlatego musi reprezentować wszystkich. Występując przed publicznością, czy na antenie, musi się zachowywać tak, żeby nikt nie mógł nawet domyślić się, jakie są jego poglądy. On jest tylko moderatorem dyskusji.
Mamy więc sytuację zupełnie odwrotną niż w Polsce, bo w Polsce bezstronność, (która jest podstawową zasadą BBC, jak zresztą i wszystkich telewizji publicznych, i polska telewizja oficjalnie tez to podkreśla) - realizuje się poprzez tworzenie stronniczych programów. Są programy prowadzone przez publicystów, którzy mają swoje poglądy i w rezultacie propagują jedynie pewną wizję rzeczywistości. W rezultacie mamy programy prawicowe, lewicowe itd. Tymczasem BBC wychodzi z założenia, że nie można budować bezstronności nadawcy poprzez stronnicze programy. Bo wtedy nie ma mowy o bezstronnej telewizji.
Kolejna rzecz – to otwarta komunikacja: coś, co w telewizji polskiej w ogóle nie istnieje. W Wielkiej Brytanii uczono nas, że o wszystkim można powiedzieć; że wszystkie problemy, które się pojawiają są problemami o który warto i trzeba mówić. Jeżeli więc zdarzyło by się, że do redaktora programu zadzwoniłby któryś z polityków i próbował coś wymusić, to szef programu zobowiązany jest natychmiast to ujawnić. W BBC niewyobrażalna jest nawet sytuacja aby jej szef zadzwonił do szefa programu informacyjnego i zasugerował mu poprawne pod względem politycznym prowadzenie programu. To jest po prostu niemożliwe. Redakcje są niezależne, do emisji programów tej czy innej redakcji nikt nie może się wtrącać.
Sprawdza się natomiast, jak realizowana jest misja i czy program spełnia określone standardy. Ale zawsze post factum. W BBC dokonuje tego kolegium ewaluacyjne i każda redakcja w zależności jaką ma oglądalność, jaką mą rangę, - jest regularnie poddawana ocenie.
Jak to wygląda w praktyce? - Jest grupa kilkunastu ludzi, którzy mają doświadczenie, cieszą się autorytetem i którzy wiele lat pracowali w mediach. I to oni stanowią kolegium ewaluacyjne. Program, czy też zestaw programów, które były już wyemitowane, jest nagrywany, oni to oglądają i odbywa się dyskusja na temat tego, czy i na ile realizują one obowiązujące standardy. Do tej dyskusji zapraszani członkowie tego programu, wykonawcy, szef redakcji, dziennikarze, inni. Takie spotkanie odbywa się w ten sposób, ze na początku jest odczytywanie raportu z poprzedniej ewaluacji, gdzie były spisane pewne zadania do realizacji.
Jeśli na przykład na poprzednim spotkaniu ewakuacyjnym stwierdzono, że coś tam kuleje, czegoś nie powiedziano, a na coś powinna być zwrócona uwaga, czy też jest jakiś merytoryczny lub techniczny problem, który powinien być usunięty, to teraz te uwagi się odczytuje, a uczestnicy kolegium ewaluacyjnego oceniają, czy i na ile nastąpiła poprawa. Co to oznacza? – To, że ludzie uczą się na błędach.Błąd jest dopuszczalny. Co z tego, z powodu jego popełnienia zwolnimy szefa redakcji czy dziennikarza, skoro przyjmiemy następnych, którzy będą popełniać te same błędy. To jest normalna zasada biznesu, czego w polskiej telewizji publicznej nie ma..
Kolejną ważną rzeczą jest to, że na czele takiej organizacji i każdego zespołu stał prawdziwy lider - ktoś, kto potrafi zarażać ludzi wizją, przekonać ich, że robią coś wyjątkowego, że realizują misję, która jest ważna dla wielu.
Wspomniałem o Gregu Dyke’u. Jego program szkolenia był właśnie realizacją tych idei. W ciągu kilku lat współpracy z uniwersytetem biznesowym, na 25 tysięcy pracowników BBC przeszkolono 6 tysięcy liderów, którzy potem zmienili tą organizacje, bo zmienił się również ich sposób myślenia.
Oczywiście w Polsce też istnieje takie przekonanie, że ludzi trzeba uczyć standardów, wiedzy i umiejętności. Ale pies jest pogrzebany zupełnie gdzie indziej. Budowanie kultury korporacyjnej polega zupełnie na czymś innym. Bo co decyduje o sukcesie - wiara, pracowitość, odwaga, wyobraźnia? Wiedza i umiejętności? – Oczywiście też, ale najważniejsza jest motywacja, przekonanie o słuszności tego, co robimy. Tymczasem, my, skupiamy się na uczeniu dziennikarzy standardów, warsztatu itd., podczas gdy w 80 procentach to motywacja decyduję, że robimy cos właściwego. Bo jeśli są o tym przekonani, to wiedzę oraz umiejętności i tak zdobędą. I tego właśnie uczy BBC.
Dzisiaj mamy dziennikarzy telewizji publicznej, którzy mają świetny warsztat, wiedzę i umiejętności, ale są zagubieni, bo oni nie czują idei budowania telewizji, która realizuje jakąś misję, że to co robią, to coś wielkiego.
Podsumowując: budowanie kultury korporacyjnej to jest budowanie organizacji, w której rolą szefa jest wspieranie pracowników, a nie podporządkowywanie. Szef redakcji pełni rolę usługową. Oczekuje się od niego: po pierwsze - zarażania ludzi wizją, a po drugie –usuwania przeszkód pojawiających się w toku realizowania celów organizacji. Tylko tyle.
Standardy, to oczywiście ważna rzecz. W BBC jest specjalna księga, w której opisywane są przypadki, z którymi redakcje spotkały się w swojej pracy I jak sobie z nimi radzić. Tam nie ma dokładnych recept, czego robić nie na należy. Najważniejsze jest to, że dana redakcja w ogóle zadaje sobie pytanie, bo jeśli je stawia, to już zmniejsza możliwość popełnienia błędu.
W naszych kodeksach etyki i standardów dziennikarskich mowa jest o obiektywizmie. A w BBC ten termin w ogóle nie jest używany. Z tego względu, że obiektywizm zakłada istnienie obiektywnej prawdy, tymczasem zadaniem dziennikarza jest pokazywanie różnych punktów widzenia w poszukiwaniu prawdy. I to jest główne zadanie dziennikarza mediów publicznych.
O wiele ważniejsza jest bezstronność i apolityczność, a także wrażliwość - tj. tworzenie programów wrażliwych na uczucia i emocje innych. Słownictwo którego używam, nie może być na przykład ofensywne w stosunku do mniejszości narodowych czy innych.
Jak się tego nauczyć? – Kilka lat temu w BBC powstał specjalny program e-learningowy, w którym opisano konkretne przypadki, różnych trudnych sytuacji, z którymi borykano się w przeszłości. Każda osoba, która ma kontakt z anteną – to jest producent, dziennikarz, czy szef redakcji - nie może pracować w BBC, jeżeli nie przejdzie tego programu.
Jest to program dwumodułowy. Pierwszy moduł trwa 2 godziny, drugi - trzy godziny. Nikt nikogo nie rozlicza. Natomiast nie może przejść do następnego kazusu, jeżeli nie udzieliło się dobrej odpowiedzi na poprzedni. Wygląda to tak: osoba, która przechodzi program e-lerningowy dostaje kazus – na przykład musi ocenić audycje radiową na jakiś temat. Odsłuchuje tę audycję i dostaje pytanie. Na przykład, czy zasada bezstronności została w tym programie zachowana. Ma kilka możliwych odpowiedzi. Jeżeli udzieli odpowiedzi dobrej, przechodzi do następnego przypadku. Jeżeli nie, to musi szukać tej odpowiedzi aż do skutku. Może oczywiście w każdej chwili zwrócić się do poradnika BBC – tj. skróconego elementarza zasad, a także sięgnąć do rozdziału, w którym opisano podobne przypadki. Ważne, aby to przećwiczyć. Jeśli ktoś przejdzie tych pięć godzin ćwiczeń - system odnotuje że dana osoba zaliczyła szkolenie - że ma ona wiedzę i będzie wiedziała jak się zachować w programach. I tak to działa w BBC.
Przenosząc to na sytuacje polską, powiedziałem ze ważny jest konsensus polityczny. Politycy mogą chcieć zmienić swoje nastawienie do mediów publicznych w Polsce, a może i nie. Ale jakbyśmy rozpoczęli podobną debatę w Polsce, jaka trwa na Zachodzie, że upraszczanie rzeczywistości politycznej jest podcinaniem gałęzi na której siedzą politycy, to może udałoby się zmienić ich nastawienie.
Wierzę, że w każdym,liczącym się w Polsce ugrupowaniu politycznym są ludzie którzy to rozumieją. I być może uda się tych ludzi zebrać i utworzyć jakąś masę krytyczną… Może jest to naiwne, może jestem rozpieszczony przez BBC, ale bardzo bym chciał żeby cos takiego jak BBC, czy na wzór BBC zaistniało w Polsce. Wierze, że kiedyś to się zdarzy i będzie to jeszcze za mojego życia..
Maciej Wierzyński
Dziękuje bardzo Stefanowi, za to że mnie tutaj zaprosił, i dziękuje Państwu, że siedzicie tutaj i chcecie mnie posłuchać. Ja będę mówił o czymś, używając języka Janka, absolutnie egzotycznym, czyli o mediach publicznych w Stanach Zjednoczonych. One są na tyle egzotyczne, ze w książce Karola Jakubowicza o mediach publicznych, zajmują najwyżej trzy linijki. I jest to po części zrozumiałe, skoro na amerykańskim rynku mediów stanowią margines, a na rynku komercyjnym nie istnieją w ogóle, bo nie nadają reklam i nie konkurują z nikim o pieniądze, pochodzące od reklamodawców.
Natomiast, jeśli idzie o zasięg – oglądalność, słuchalność – ona też nie jest wielka. Tyle, że –w odróżnieniu od mediów komercyjnych – ich odbiorcami są ludzie o wyższych wymaganiach, lepiej wykształceni i usytuowani, zajmujący kierownicze stanowiska. Są to media, które w Stanach trafiają do elity i stąd ich znaczenie, skoro trafiają do widzów i słuchaczy, mających wielki wpływ na amerykańskie życie publiczne, zarówno polityczne, jak i intelektualne i kulturalne.
Ta mała książeczka, która się nazywa „Historia mediów publicznych w Stanach Zjednoczonych” zaczyna się od zdania „Media publiczne zaczęły się od edukacji”. A jeden z rozdziałów tej książeczki zaczyna się od zdania „Na początku była stacja”. Te dwa zdania są kluczowe do zrozumienia amerykańskiego systemu mediów publicznych.
Po pierwsze – one się zrodziły z idei zaspokajania szeroko rozumianych potrzeb edukacyjnych, zawierających w sobie również potrzebę informacji, debaty, kontaktu z kulturą wyższą, z instytucjami, takimi jak teatr, czy sala koncertowa.
A po drugie – jest to system skrajnie zdecentralizowany, w którym podstawowym ogniwem jest samodzielna stacja radiowa, albo telewizyjna. Stacja, która sama powołuje swoje kierownictwo i sama zabiega o środki do finansowania swojej działalności. Następnym ogniwem jest PGS, czyli organizacja zrzeszająca około 800 stacji telewizyjnych. Tych właśnie małych, lokalnych. I wreszcie jest trzecie ogniwo – to jest Ogólnokrajowe Radio Publiczne, które zrzesza około 350 stacji radiowych.
Czym jest ta Korporacja do spraw mediów publicznych? – Prywatną korporacją, ale powołaną przez rząd federalny. Jej fundusze przyznawane są corocznie specjalna Uchwalą Kongresu USA. Te fundusze przeznaczane są na potrzeby programowe i infrastrukturalne mediów publicznych, ale sama ta instytucja nie produkuje programów, nie dystrybuuje programów, ani nie zarządza żadną infrastrukturą. Ona wyłącznie dzieli pieniądze, które kierowane są do tej organizacji, która zrzesza stacje radiowe i telewizyjne, albo bezpośrednio do tych stacji.
I jeszcze jedno: rozdział tych pieniędzy odbywa się na zasadzie podobnej do systemów grantów. Stacje, organizacje zgłaszają do nich zapotrzebowanie, a oni te pieniądze, przyznane przez Kongres na dany rok - dzielą.
Drugie ogniwo tego systemu – czyli PBS, to prywatne przedsiębiorstwo, którego współwłaścicielami są tworzące je stacje telewizyjne i to one powołują jego. Stacje wybierają radę dyrektorów, a rada zatrudnia na kontrakcie prezydenta i cały zarząd. Jak się ogląda w Ameryce telewizje publiczną, to z reguły pokazywane jest logo PBS i to ono jest utożsamiane z publiczną telewizją. Samo PBS utrzymuje się z dotacji Korporacji do spraw mediów publicznych oraz z opłat wnoszonych przez stacje członkowskie. PBS rozprowadza programy do tych kilkuset stacji na terenie USA.
Z kolei ogólnokrajowe Radio Publiczne jest przedsiębiorstwem, którego współwłaścicielami jest tych kilkaset stacji radiowych. One również wybierają Radę Dyrektorów, która następnie powołuje zarząd ogólnokrajowego radia publicznego. On też jest utrzymywany z opłat wnoszonych przez stacje członkowskie.
Radio i telewizja publiczna w Ameryce nie nadaje reklam, a źródła finansowania są następujące: 24 procent pieniędzy pochodzi ze stanów, w tym również z funduszów stanowych, czyli lokalnych. W tym tez z opodatkowania sprzedaży telewizorów i produkcji telewizorów. 56 procent pieniędzy pochodzi natomiast z darów prywatnych, zarówno od fundacji, jak i firm.
Warto dodać, iż znacząca część pieniędzy, trafiających do stacji pochodzi też z dobrowolnych składek widzów. To jest cała instytucja, której zapewne nigdzie na świecie się nie znajdzie – 2-3 razy do roku lokalne stacje, zarówno radiowe jak i telewizyjne, organizują zbiórkę pieniędzy. Prezentują wówczas swoje najlepsze programy, a równocześnie największe gwiazdy tych programów namawiają publiczność do dawania pieniędzy.
Dwukrotnie uczestniczyłem w takiej imprezie, ponieważ stacja w Nowym Jorku chciała trafić do Amerykanów polskiego pochodzenia. Puścili wspaniały film dokumentalny o Papieżu, no i zaprosili mnie, żebym coś opowiedział oraz zachęcał do wpłacania pieniędzy. W sumie, szacuje się, że ok 30 proc środków finansowych mediów publicznych pochodzi z takich właśnie zbiórek..
Tylko ok 16 procent budżetów tych stacji pochodzi ze środków federalnych, rozdzielanych przez Korporację. W pierwszym okresie działalności radiofonii publicznej w USA bardzo duża część tych środków poszła na rozbudowę infrastruktury, aby stacje radiowe mogły się komunikować, wzajemnie nadawać swoje programy i współdziałać. Mówiąc inaczej został połączone w taką swoista sieć.
Telewizja publiczna nie jest masowo oglądana. Jej udział wśród widzów – to około 3 procent. Tyle, że jest to widownia najbardziej wymagająca i opiniotwórcza. Stądt też znaczenie tej telewizji. Jeśli idzie o radio, to jest nieco inaczej. Poranny program ogólnokrajowego radia publicznego nazywa się Poranna Edycja i jest to czołowy program radiowy nadawany w tym paśmie.
Program jest nadawany od 6 rano do 10, jest rzeczywiście i jeśli idzie o zasób informacyjny, jest najlepszy. Nie znałem nikogo w USA, kto by nie był regularnym słuchaczem tego programu. Decyduje o tym jego bogactwo informacyjne. Ale też i bogactwo formalne. To radio publiczne, jeśli idzie o formy dziennikarskie – na przykład reportaż – jest w pewnym sensie wzorem dla radia komercyjnego.
Teraz kilka słów o historii mediów publicznych. Wyrosły one od dołu, w sposób naturalny. Nigdy też nie przybrały formy struktury scentralizowanej, tak charakterystycznej dla mediów publicznych w Polsce i w ogóle w Europie. Struktura hierarchiczna to jest coś, od czego ludzie działający w mediach publicznych w Ameryce kategorycznie I zdecydowanie się odżegnują.
Na początku to były stacje radiowe, głównie związane z uniwersytetami i nadające materiały edukacyjne. Szeroko rozumiane. Pierwsza taka stacja powstała w 1917 roku na Uniwersytecie stanu Wisconsin. W 1938 roku Federalna Komisja Edukacji podjęła decyzje o zarezerwowaniu częstotliwości specjalnie dla instytucji radiowych edukacyjnych. Kolejnym etapem był schyłek lat 60-ch, kiedy rozwój mediów komercyjnych doprowadził ludzi z różnych kręgów w USA do konkluzji, ze media komercyjne zaśmiecają ludzkie umysły. Jeden z twórców specjalnej komisji, Carnegie powiedział, że media komercyjne, to jedno wielkie wysypisko śmieci. I trzeba cos zrobić, żeby stworzyć jakąś przeciwwagę.
Z inicjatywy ludzi pracujących w Broadcastingu, to znaczy w mediach publicznych, w 1966 roku powstała tak zwana Carnegie Comission, sfinansowana przez Fundację Carnegie. Zajęła się ona skatalogowaniem potrzeb finansowych radiofonii i telewizji publicznej. Powstał dzięki temu raport, który gorąco poparł prezydent Johnson. W rezultacied rząd zaproponował powołanie korporacji mediów publicznych, która miałaby dofinansowywać ten system mediów publicznych..
Interesujący jest skład Komisji Carnegie, bo to również pokazuje jak różne jest podejście do mediów publicznych w USA I w Europie. Otóż w tej komisji jedynym politykiem był były, powtarzam, były gubernator Północnej Karoliny. A poza tym znaleźli się w niej prezydenci kilku Uniwersytetów, wydawcy, przedsiębiorcy medialni, także prywatni, jak również przedstawiciele środowiska artystycznego.
Teraz kilka słów o rozumieniu misji mediów publicznych w USA. Najczęściej jest to formułowane, jak zaspokajanie potrzeb, których nie może zaspokoić telewizja komercyjna. I to jest coś zupełnie nowego. Jeden, drobny przykład: program Tomasza Lisa. Z Polsatu, praktycznie w niezmienionej formie, przeszedł do telewizji publicznej. A skoro tak, to czym właściwie różni się telewizja publiczna od komercyjnej? – Przyjęcie takiego, a nie innego rozwiązania w mediach amerykańskich ma jednak swoje konsekwencje programowe. W amerykańskiej telewizji i radiu nie ma miejsca dla sportu, dla teleturniejów i łatwej rozrywki. Jak już, to jest to teatr, muzyka poważna, jest ogromna liczba programów dla dzieci, masa interesujących filmów dokumentalnych, no i oczywiście programy informacyjne. Znana w Polsce „Uliczka sezamkowa”, to jest właśnie program amerykańskiej telewizji publicznej.
Z kolei w przypadku programów informacyjnych takim okrętem flagowym systemu telewizji publicznej jest program informacyjny, który się nazywa „New Sauer”. Program znakomity, choćby dla tego, że ma godzinę, a nie 20 minut. Bo co można opowiedzieć w 20 minut. Tak naprawdę – prawie nic. Ten godzinny program po prostu stwarza warunki, dzięki czemu można zajmować się w poważny sposób poważnymi wydarzeniami i zjawiskami, nie tylko amerykańskimi, ale również międzynarodowymi. To jest w USA najważniejszy program informacyjny i jeśli człowiek chce dowiedzieć się prawdy o Ameryce i świecie, to musi go oglądać. I nie znalem ludzi, który by tego programu nie oglądali. A autorytet jednego z twórców tego programu, dziennikarza …… jest taki że nie pamiętam żadnych wyborów w USA, na przestrzeni tego okresu, kiedy tam mieszkałem, w których on by nie prowadził jednej z debat. Był taki obowiązkowy od prowadzenia debat - bo to jest gwarancja wysokiego poziomu dziennikarstwa i bezstronności.
Oczywiście ten system ma swoje wady. Radiofonia i telewizja publiczna w Ameryce, są najzwyczajniej biedne i gdyby ludzie PBS przyjechali do polskiej telewizji, to by im oczy wyszły na wierzch na widok techniki, z jakiej się korzysta w TVP.
Oczywiście nie ma mowy żeby radiofonia czy telewizja mogła rywalizować o gwiazdy telewizyjne na rynku komercyjnym. Tendencja jest akurat odwrotna, że to ludzie podkształceni przez szkolę mediów publicznych przechodzą do stacji komercyjnych.
Wadą mediów publicznych jest tylko, że mało płacą swoim pracownikom, ale to ma również wpływ na bardzo wysoki stopień ideowości tych ludzi. Najczęściej są to dziennikarze, którzy cale życie pracują w publicznej radiofonii i telewizji. U nas jest na odwrót. Wiele osób, po zdobyciu doświadczenia w stacjach komercyjnych odchodzi do telewizji publicznej, bo ta lepiej płaci. To zjawisko jest w USA właściwie nieznane. kwalifikacjach.
Dla mnie, jako odbiorcy, jedynym problemem było to, że tych programów w PBS w ciągu doby jest za mało. Ale ponieważ nie jestem człowiekiem, który ogląda telewizje przez 5 godzin na dobę, (w Polsce taka jest przeciętna) - to dla mnie wystarczało. Problem w tym, że - ze względu na na ubóstwo środków – telewizja ta w dużej mierze żywi się powtórkami. W Polsce takiej instytucji po prostu nie ma.
Krzysztof Turowski:
Mam tu mówić o zupełnie innej kulturze medialnej, niż kultura BBC - o kulturze francuskiej. Zacznę od włożenia kija w mrowisko - otóż we Francji nie istnieje pojęcie „media publiczne”. Są media prywatne i France Television. Nikt nigdy nie użył określenia Public France Television, czyli telewizja publiczna, natomiast często określa się ją, zgodnie z prawdą, że jest to po prostu telewizja państwowa. Po to się ją tak nazywa, żeby nie stwarzać wrażenia, ze jest ona telewizją publiczną, bo tak naprawdę telewizją publiczną nie jest. Abonament płacimy, ale zawiaduje tym państwo. Nie tak dawno usłyszałem o dalszym jeszcze upaństwowieniu telewizji, ponieważ prezydent Nicolas Sarkozy chce pójść dalej, niż nasze Prawo i Sprawiedliwość w swojej ustawie.
Historia prywatyzacji mediów elektronicznych we Francji jest długa i niezwykle trudna, liczy sobie 25 lat. Do końca lat 80-tych praktycznie nie było pojęcia prywatnych telewizji czy radiofonii, nie było pojęcia radia prywatnego. Radia prywatne zaczęły powstawać we Francji na początku lat 80-tych, po dojściu do władzy socjalistów i Francois Mitteranda. Wcześniej były tylko radio i telewizja państwowe z trzema programami telewizji i kilkoma programami radiowymi. W tym czasie we Francji już nie było cenzury i rzecz jasna wpływy polityków w tych mediach były niemałe, ze wszystkimi objawami tego, co nazywamy u nas ręcznym sterowaniem. Oto anegdotyczny przykład - w latach 70-tych nie można było źle mówić o Pierwszym Sekretarzu PZPR Edwardzie Gierku, ponieważ, jak mówili moi koledzy z francuskiej telewizji, jest to osobisty przyjaciel Prezydenta Republiki.
Z tych „dobrych” francuskich przykładów czerpaliśmy, podejrzewam, przy tworzeniu naszego systemu i nasza Krajowa Rada Telefonii i Telewizji została stworzona na wzór CSA, czyli podobnej struktury we Francji, Rady Audiowizualnej. Myślę że stworzona została z większością błędów, jakie zawiera odpowiednik francuski. Jednakże współczesnej kulturze politycznej zawdzięczamy, że pewnych rzeczy w dobrym towarzystwie po prostu nie wypada robić, nie mianuje się więc w sposób ordynarny swojego przyjaciela, urzędnika z kancelarii, Prezesem Telewizji. Dlaczego? Bo - nie wypada, bez względu na to, jak daleko sięga ingerencja państwa w telewizję.
Więc też cała historia mediów jest relatywnie młoda. Najpierw powstawały radia prywatne na początku lat 80-tych, przypomnę tu, jak z ogromnymi kłopotami, ogromnymi problemami, uzyskiwało się tam koncesję. Takie problemy miał nasz kolega, zakładając swoje radio po stanie wojennym, z protestami, głodówkami i Bóg wie czym jeszcze. Niemniej w jakimś sensie rząd poprzez tych swoich nominatów, prezesa, którego mianuje rząd, ma swój wpływ na kierunek telewizji. Powiem jednak, że tego nie widać, to nie jest odczuwalne. Telewizją i radiem rządzi młoda inteligencja. Rzeczą charakterystyczną są pewne symptomy polityczne: pojęcia, przejmowane z polityki, to, co funkcjonuje teraz w mediach Francji, bez względu na to, kto rządzi - to wszystko ma charakter lewicowy.
Prywatyzacja telewizji nastąpiła dopiero w roku 1986, kiedy sprzedano pierwszą stację. Wcześniej pewien prywatny właściciel próbował zakładać stację prywatną, ale odbiorcy byli w ogóle nie przygotowani do pojawienia się jeszcze jednego kanału telewizyjnego, a było razem trzy. To się zmieniło, kiedy sprzedano pierwszy program telewizji francuskiej, wydarzenie w Polsce niewyobrażalne, a jednak tak się stało.
Prawa zakupu otrzymał człowiek, który znakomicie znał się na budownictwie, ale nie na telewizji. Argumentem było, że przecież nie chodzi o to, by się znać na telewizji, lecz o to, by umieć zarządzać telewizją. Władza uczyniła trochę hałasu, trochę było awantur, ale powstały jeszcze dwa kanały telewizyjne prywatne, a pozostały dwa programy państwowe nie sprywatyzowane. W sumie teraz jest ich pięć.
Na szczęście, czy nieszczęście, nikt się nie mieszał w prywatyzacje stacji radiowych i w dalszym ciągu radia, do tej pory rozbudowywane tematycznie, są we władzy CSA.
Mój przedmówca mówił o szkoleniu, które przechodzą dziennikarze w BBC. To się robi i we Francji, ale działa jeszcze coś, co daje ten efekt, że dziennikarz nie musi obawiać swojego szefa. Tego, jak twierdzą niektórzy, nie da się zrobić w Polsce. Dziennikarze we Francji od 1905 roku mają umowę zbiorową o pracę, która obowiązuje bez względu na to, czy jest to nadawca prywatny, czy państwowy. Zawiera ona bardzo szczegółowe i dokładnie opisane warunki, kiedy można zwolnić dziennikarza, a kiedy dziennikarza zwolnić nie można. Można zwolnić go tylko wtedy, kiedy mu się udowodni ważne wykroczenie zawodowe. Zawodowe, podkreślam raz jeszcze. Ta umowa zbiorowa o pracy jest tak szczegółowa, że dokładnie opisane są szczegóły płacowe na różnych etatach dziennikarskich i nikt nie może zapłacić dziennikarzowi mniej, ani więcej. Można go ewentualnie awansować, czy premiować. Dziennikarz jest postacią finansowo niezależną. Co też ma, moim skromnym zdaniem, wielkie znaczenie – właśnie ta dziennikarza niezależność. W Polsce, jeżeli się ktoś postawi, to go wyrzucą, przestanie być nie tylko politycznie, ale i finansowo niezależny.
Uważam, że warto nad tym bardzo głęboko się w środowisku dziennikarskim zastanowić, podjąć debatę na temat statusu społecznego zawodu dziennikarza w Polsce, a nie tylko miejsca tak zwanych mediów publicznych. Ponadto, dziennikarstwo we Francji oznacza określony status, jest zawodem konkretnym: kto pracuje w zawodzie dziennikarskim, a jego ponad 50 procent dochodu :pochodzi z dziennikarstwa (co łatwo udowodnić), otrzymuje Zawodową Kartę Dziennikarską. Co uprawnia do częściowego zwrotu podatku od uzyskanego dochodu. I tylko taki człowiek jest uznawany za dziennikarza, a nie każdy, kto coś gdzieś napisze. Można być dziennikarzem, będąc wolnym strzelcem, ale to również jest dziennikarz, który może mieć kartę zawodową, ponieważ ponad 50 procent jego dochodu pochodzi z dziennikarstwa. Jest w tym systemie ład i porządek, czego u nas w Polsce, niestety, nie ma.
Na zakończenie rzecz aktualna. Rozpętała się w ostatnich dniach burza na temat ingerencji rządu, a konkretnie prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego we France Television. Główne pomysły reformy, którą proponują i obecny prezydent, i obecny premier Francois Fignon, polegają na tym, żeby Prezesa France Television mianował premier. Oczywiście spotkało się to z ogromna krytyka lewicowej opozycji. Ale jednym z elementów reformy jest to, że w telewizji państwowej nie będzie w ogóle reklam. Po prostu nie i już. Telewizja państwowa jest od tego, żeby nadawać programy dla ludzi, a nie konkurować z telewizjami prywatnymi.
Jak rozwiązać w takim wypadku system opłacalności? Ściągalność abonamentu we Francji, w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii jest kiepska do tego stopnia, że za czasów rządów partii lewicowych, deputowani komunistyczni tych partii wielokrotnie zabiegali o zniesienie abonamentu radiowo-telewizyjnego. Na utrzymanie Francuskiej Państwowej Telewizji szły wpływy głównie w postaci 0,9 procent od przychodów operatorów telefonii komórkowej, czyli 380 mln euro. Ponadto, na rzecz telewizji miały by być obciążone 3-procentowym podatkiem od dochodów reklamowych prywatne sieci telewizyjne. Jak się okazuje, można znaleźć rozwiązanie, które pozwala na realizację misji telewizji państwowej.
Jan Dworak:
Doświadczeniami medialnymi (choć nie tylko) powinniśmy się kierować w Polsce, układając prawo medialne, czy zmieniając prawo, które istnieje. Zwłaszcza w dostosowaniu nowego prawa do nowych warunków oprzeć się warto na doświadczenia innych krajów. Doświadczenia wyżej wymienionych krajów ukazują, że wszędzie są z mediami elektronicznymi podobne problemy. To się wiąże także z nowymi technologiami w mediach. Technologia mediów bardzo się zmieniła w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, a czeka nas kolejna rewolucyjna zmiana - cyfryzacja. I najpewniej wywróci ona obecny ład medialny do góry nogami. A w tym nowym ładzie będziemy funkcjonować następne lat X. Nie wiemy, kiedy ludzka inwencja i wynalazczość wniosą kolejną zmianę.
Chce zająć się doświadczeniami naszego kraju w obszarze mediów. Mówiło się, że -przyjmując na początku lat 90-ch Ustawę o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji - czerpaliśmy z doświadczeń francuskich. Rzeczywiście tak było. Powinniśmy byli korzystać z doświadczeń innych, tak jak nie mieliśmy własnych demokratycznych doświadczeń w funkcjonowaniu państwa demokratycznego. Dzisiaj te doświadczenia już mamy, minęło już lat 19 z niedużym kawałeczkiem. Pamiętamy, jak media wyglądały bez tego prawa i tej Ustawy, wdzierał się chaos, rozmaici nadawcy zajmowali przestrzeń w eterze przez fakty - bo jak nie ma prawa, to trzeba tworzyć fakty. Ale później przyszła Ustawa o Radiofonii i Telewizji i uporządkowała procesy medialne.
Wyraźnie chcę powiedzieć, że nie oceniam tego, co wydarzyło się w ostatnich latach, w kategoriach czarnobiałych, ani nie oceniam źle Ustawy o Radiofonii i Telewizji, ani nie oceniam jednoznacznie źle działalności Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, ani też nie oceniam jednoznacznie źle mediów publicznych.
To nie jest tak, że myśmy sobie z tą sytuacją nie poradzili. Myślę, że przy całej, dość złożonej sytuacji, bilans jednak jest dodatni. Polska telewizja i polskie radio są od wielu lat bardzo silnymi graczami rynkowymi. To wynik ustaleń Ustawy, ram prawnych, w których te media mogły się rozwijać – a z drugiej strony ten rynek jest dosyć ograniczony i reglamentowany, i choć mamy dostęp i do kablówki, i do satelitów, to tych trzech ogólnopolskich nadawców zbiera najwięcej publiczności, bo takie są możliwości techniczne, więc telewizja polska naprawdę bardzo dobrze sobie w tych warunkach radzi. Dobrze sobie radzi w wymiarze biznesu. Płaci za to jednak pewną cenę, tak, że ten bilans nie jest jednoznacznie pozytywny. To co spotyka się słusznie i zasadnie z krytyką, również i w tym gronie, to pewna polityka programowa, właściwa bardziej dla mediów komercyjnych. Stąd mówi się o komercjalizacji telewizji. Na to składa się działanie wielu czynników.
To nie tylko wynik jakiejś manii poszczególnych zarządów, i nie tylko to, że radio i telewizja działają jako spółki Skarbu Państwa. To wynik i poglądów polityków na to, co telewizja publiczna powinna zawierać, szczególnie w pierwszym okresie po uchwaleniu Ustawy o Radiofonii i Telewizji - a mogła sobie radzić dlatego, że tak naprawdę jakiś czas, niedługo, dwa, trzy lata, była jedynym nadawcą telewizyjnym, wpływy reklamowe nie wymagały żadnych zabiegów i płynęły szerokim strumieniem. Był okres, kiedy polska kinematografia, która była w stanie zapaści, bo nie było żadnych dotacji państwowych ani innych źródeł finansowania, żyła dzięki telewizji. A telewizja finansowała produkcję kinematograficzną po prostu dzięki temu, że miała gigantyczne pieniądze. Rozpuściła się tym sposobem, ale również rozpuścili się inni uczestnicy życia publicznego. Również politycy, bo uznali, że telewizji nie trzeba pomagać, nie trzeba zwracać uwagi na jej źródła przychodów, ponieważ te źródła przychodów jej wystarczają.
Oczywiście, miało to swoje uzasadnienie w zachowaniu Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Jeśli państwo prześledzicie wpływy z abonamentu w ciągu tych ostatnich kilkunastu lat od uchwalenia Ustawy, to w realnych pieniądzach wykażą one tendencję malejącą. I KRRiT uznała, że nie trzeba dodatkowych wpływów z abonamentów, skoro telewizja publiczna ma tyle pieniędzy z reklam.
Potem przyszły inne czasy: pojawił się jeden nadawca komercyjny „Polsat”, potem pojawił się TVN, inni nadawcy, i o reklamę trzeba już było walczyć. Okazało się, że telewizja nie do końca sobie radzi z walką konkurencyjną na rynku reklam. Ale też okazało się, że telewizja ponosi koszty w sferze programowej. Czym ostrzejsza walka o reklamę, tym trzeba więcej robić rzeczy, które nie są zgodne z misją telewizji publicznej, nie są zgodne z pewnym obiektywizmem programów, z interesem publicznym telewizji, a więcej robić rzeczy, które są zgodne z wymaganiami komercyjnymi. W taki sposób telewizja ześlizgiwała się do poziomu, jaki widzimy dzisiaj.
Chce dlatego tu powiedzieć, że nie wolno obarczać wszystkimi winami tylko telewizji, to był proces szerszy. Zresztą teraz też zobaczymy, jakie będą konsekwencje nowych zmian w ustawie co do zniesienia części abonamentu, do czego dojdzie po uchwaleniu tej nowej ustawy abonamentowej. Moim zdaniem, proces komercjalizacji będzie się nasilał, bo nikt pracujący w telewizji nie zechce dopuścić do tego, żeby ta instytucja przestała funkcjonować. Takie jest nasze pierwsze doświadczenie, wiodące do wniosku, że musimy zaprojektować inny ład, ale ład, w którym zdawać będziemy sobie sprawę z dotychczasowych doświadczeń.
Jeśli przyjrzymy się innym państwom tego regionu, doświadczeniom innych krajów, zobaczymy, że w różnych krajach regionu telewizje publiczne przestały istnieć. Jest przykład węgierski: politycy zaczęli grzebać przy reklamie, określili procentowy udział telewizji w rynku reklamy, który w rezultacie bardzo się ograniczył, i telewizja publiczna przestała istnieć. Parlament węgierski trzy, cztery lata temu odtworzył, już nie mając częstotliwości naziemnych, telewizję publiczną, która się nazywa „Dunaj”, jest ona typowo satelitarna, finansowana przez parlament, bezpośrednio z budżetu. Jest to twór dziwaczny, wynik tego, że politycy nie zdawali sobie sprawy, jakie konsekwencje ich czekają po przyjęciu pewnych zasad.
Prowadzę do wniosku, że prawo należy poprawiać, ale nie należy go rewolucyjnie zmieniać. Mamy swoje doświadczenia, i złe, i dobre. W innych krajach jest podobnie – telewizje publiczne nie odgrywają istotnej roli. Należy więc zadbać o to, żeby telewizja publiczna poprawiła swój wyraz programowy, a nie doprowadzać do tego, żeby musiała walczyć o przetrwanie, bo wtedy będzie walczyła o przetrwanie innymi środkami.
Warto przywołać dwa przykłady. Nowa Zelandia zlikwidowała telewizję publiczną około 10 lat temu i teraz jej społeczeństwo chce przywrócenia tej telewizji, bo drastycznie obniżył się poziom nadawców telewizyjnych. Dobrze stworzona telewizja publiczna tworzy standardy programowe na rynku. BBC jest tego przykładem. Zawsze z przyjemnością słucham, co mówi o BBC Robert Kozak, ale zawsze mnie ogarnia poczucie zazdrości, jak ci Brytyjczycy bez złudzeń, ale jednocześnie dobrodusznie, potrafią patrzyć na ludzką naturę. Potrafią wykorzystywać jej słabości, ale również pokazać, ze mają zaufanie do ludzi, którzy po prostu pracują w mediach.
Żeby przejść do ustroju polskiego radia i telewizji... Pominę kwestię regulatora rynku, jestem zwolennikiem tego regulatora, ale nie o to chodzi w naszym spotkaniu. Jeśli chodzi o polskie radio i telewizję, chciałbym powiedzieć o kilku dyskusyjnych kwestiach. Po pierwsze – struktura organizacyjna polskiej telewizji publicznej i radia, jaką jest spółka akcyjna, z pewnymi bardzo ważnymi wyłączeniami przez prawo w mediach, jest moim zdaniem dobrą strukturą funkcjonowania mediów w polskich warunkach. Co ona zapewnia? Zapewniła to, że telewizja polska się nie zadłużyła. Spółka prawa handlowego, którą jest jednoosobowa Spółka Skarbu Państwa, nie na giełdzie, tylko jednoosobowa, daje pewne gwarancję zachowania racjonalnych procesów, podejmowania decyzji, informowania, odpowiedzialności ciał zarządczych, łącznie z odpowiedzialnością karną.
Każdy człowiek, który jest w zarządzie, zdaje sobie sprawę z tej odpowiedzialności. Mówię to również z własnego doświadczenia. Ten, kto zarządza telewizją - może zostać pociągnięty do odpowiedzialności karnej i pójść do więzienia. I funkcjonuje się w ramach pewnego ładu, który jest ważnym czynnikiem zapewniającym pewne procesy. Krytyka tej formy, na której nam zresztą zależy, sprowadza się do tego, ze ani telewizja publiczna, ani radio publiczne nie powinny produkować zysków, jak wszystkie inne spółki prawa handlowego. Publiczne telewizja i radio nie są po to, żeby się chwalić zyskami, żeby produkować te kilkusetmilionowe zyski. Zyski prywatnych nadawców sięgają 20-30 procent, a te zyski oczywiście można jeszcze reinwestować.
Nie mówię o wydatkach, to rzecz inna. Mówię o pewnym modelu. Dobrze wiem, że są zbyt wysokie koszty stałe, koszty zarządu być może są zbyt wysokie. Że nieracjonalnie wydaje się te środki, nie musicie mnie przekonywać. Mówię o czym innym, o pewnym modelu, który naprawdę wymusza racjonalność. Przy innym modelu w ogóle byśmy nie wiedzieli, jak te środki są wydawane. Tak mi się wydaje.
Chcę zatrzymać się na tym, co mam za istotną słabość telewizji publicznej i radia, a mianowicie na tym, że w procedurach spółki prawa handlowego zamazuje się pewien istotny rys. W prawie medialnym różnica wobec pozostałych spółek, nastawionych na zysk, powinna być jeszcze bardziej wyraźna, powinno to się odbywać drogą wprowadzenia licencji programowej; o tym dość dużo się mówi, nie będę tego szerzej omawiał. Powiem tylko, że byłby to akt prawny, stanowiący pewien kontrakt między KRRiT a mediami publicznymi na realizację programów społecznego charakteru. I ten akt prawny byłby podstawą i rozliczania zarządu, i bieżącej kontroli, jak publiczne media wykonują swe zadania programowe. Oczywiście, wymagałoby to powołania nowych ciał do zadań takiej kontroli. W pracach zespołu Stowarzyszenia Wolnego Słowa, o którym powiem za chwilę, przewidywaliśmy dwa mechanizmy: jeden na poziomie KRRiT, a drugi na poziomie każdego z mediów publicznych. Zakładaliśmy, że rada nadzorcza zostanie rozszerzona i uzupełniona o osoby, które by zajmowały się tylko i wyłącznie kontrolą działań programowych. Zostałoby zlikwidowane pewne ciało, Rada Programowa, a byłem i w niej cztery lata, ciało, które teraz jest wyłącznie listkiem figowym, ciało doradcze, a rady nadzorczej prawie nie obchodzi, co ta Rada Programowa powie.
Chodzi o to żeby podnieść rangę kontroli programowej, żeby Rada Nadzorcza mogła się zająć sprawami radia czy telewizji, mając pełne prawo i narzędzia do kontroli programów. Nie do realizowania, bo realizacja powinna być rzeczą dziennikarzy przede wszystkim i twórców programu, tych ciał, które kierują projekty do prezesa, czy zarządu. To zadanie o wiele ważniejsze niż to, z jakich źródeł mają być telewizja i radio finansowane. Może nie najważniejsze, ale pierwsze. W mediach powinniśmy ustalić, czym te media publiczne mają się zajmować. Ustalić to również na poziomie programowym.
Ta licencja programowa byłaby prowadzona i dla pracowników. Zgadzam się z Robertem, bo nie ma praktycznie czegoś takiego jak budowa kultury organizacyjnej w telewizji i radiu; to rozległy dziewiczy teren, który możemy zmienić, poprawiając funkcjonowanie tych mediów.
Co do finansowania mediów, myślę, że najlepszy w polskich warunkach byłby model mieszany. Przykłady, które przytoczył Krzysztof, są oczywiście do naśladowania, gdy chodzi o wypracowanie jakiegoś procentu podatku, czy podatku z jakiegoś pola, i „taka a taka kwota” łatwo da się wyliczyć. Przy dostępie do danych to jest wtedy mechanizm, który daje finansowanie radiu i telewizji publicznej. To jest możliwe. Natomiast, abonament ma jeszcze kilka innych funkcji do spełnienia. Jak mówił Robert, w wyobraźni społecznej wiąże on media z widzem bezpośrednio. Widzowie płacą, a media oferują im coś w sposób oczywisty i bezpośredni. Przyjęcie mechanizmu tylko i wyłącznie podatkowego, powoduje, że media stają się państwowe, jeszcze w jednym wymiarze, bo zasilane przez państwowy budżet. To jest taki dodatkowy argument za utrzymaniem abonamentu.
Nie łudzę się, ze uda się zatrzymać abonament w całości, jak to jest w Wielkiej Brytanii. W to nie wierzę. Natomiast można, jak wierzę, utrzymać to, co w tej chwili pozostało, po nowelizacji, zwalniającej emerytów z płacenia. Jeśli by udało się podnieść ściągalność abonamentu od podstawowej części użytkowników tych mediów, płatników, byłby to istotny strumień finansowania. Mógłby zostać na zasadzie próby, zamiast rewolucji, którą w Polsce wszyscy chcą przeprowadzić. Ale na zasadzie realnej próby.
Pewne rodzaje działalności telewizyjnej powinny być zasilane z budżetu. O tym mówi się od dość dawna. Na przykład - telewizja „Polonia”. W swoim zamierzeniu skierowana jest do widza poza granicami kraju. Niech budżet to finansuje. Na razie, o czym dobrze wiemy, na telewizję „Polonia” Ministerstwo Spraw Zagranicznych daje parę milionów, w przeszłości to było 4 miliony. A sama ona kosztuje dziesięć, dwanaście razy więcej. Jeżeli przyjmiemy, ze budżet w pewnych sprawach może dokładać do wykonywania zadań telewizji, jeśli przyjmiemy, że telewizja „Polonia” jest właściwym, istotnym zadaniem telewizji publicznej, niech budżet pokrywa jej koszty. Na razie notujemy tylko ubytki w źródłach finansowania, te ubytki pojawiają się w wyniku rozmaitych ulg. Skoro jednak uznajemy, że są płatnicy ubodzy (co od dawna wiadomo) i ustawa zwalnia ich z abonamentu, skoro obniżył się wiek osób, którzy już nie płacą abonamentu, to da się oszacować te utracone wpływy i niech budżet państwa je pokryje. To byłby właściwy krok, by w sposób racjonalny oszacować, jak rozmaite źródła finansowania wspomagają publiczne media. Budżet państwa podlega, jak dobrze wiemy, wielkim napięciom politycznym. Zwłaszcza teraz, kiedy zapowiada się, i to jest jeden z naczelnych punktów programu Platformy Obywatelskiej – obniżenie podatków, które ma przynieść zwiększenie wpływów; przykłady różnych krajów dowodzą, że tak się dzieje. Ale dzieje się tak w dłuższej perspektywie, nie możemy więc narażać mediów publicznych, że pieniędzy na nie w ogóle nie będzie.
Uważam również, że sprzedaż licencji, programów, jest absolutnie dobrym i właściwym źródłem finansowania. I uważam, że media publiczne powinny uczestniczyć, w bardzo ograniczonym zakresie, ale powinny uczestniczyć w rynku reklam. Takie jest moje zdanie. Nawet nie dlatego, że z tego źródła finansowania płynie strumień kilkunastu procent (bo myślę, że niewiele więcej), ale również dlatego, że dzięki temu ludzie telewizji muszą myśleć, jak dotrzeć do możliwie dużej widowni. To też jest ważne. Teraz dochodzi do przesady, bo tak naprawdę warunki programów dyktuje biuro reklamy. Tak być nie może, żeby to ono dyktowało warunki tworzenia nowych programów. Ale byłoby źle, gdybyśmy tego pod uwagę nie brali. Ludzie są dziś bardzo wrażliwi na dochody, które stają się rodzajem powszechnie panującego bóstwa. Telewizja ani radio nie może temu ulegać, ale powinna to dostrzegać.
Teraz powiem coś bardzo ważnego, choć nie wiem, czy to jest temat akurat dla naszej sali, wiem jednak, że jest on bardzo żywy, szczególnie poza Warszawą. To się wiąże ze stacjami regionalnymi, z ich kilkunastoma spółkami. Uważam, że słuszne są ich postulaty, by te oddziały telewizji publicznej i radia posiadały samodzielność programową. To jest absolutnie słuszne, oni tworzą świadomość tych mniejszych ojczyzn. I mogą tworzyć, w warunkach polskich tak jest, to nie ulega wątpliwości. Natomiast, wcale za tym nie idzie konieczność funkcjonowania kilkunastu niezależnych bytów ekonomicznych. Jeśli mówimy o nieracjonalnym wydawaniu pieniędzy na lecznictwo, na koszty ogólne, to proszę zwrócić uwagę, ile idzie na zarząd tych małych stacji. To bardzo wielki procent. I proszę zbadać, jak nieracjonalnie bywają wydawane pieniądze w oddziałach telewizji. Nie będę wchodził w przyczyny tego, ale uważam, że wzorem BBC (pytanie, czy jest to politycznie możliwe), modelowo, na pewno byłoby warto wypracować taki model, który te ośrodki telewizyjne i radia regionalne, zachowujące niezależność programową, połączy w jedyną strukturę; pozwoliłoby to znacznie obniżyć koszty funkcjonowania tych oddziałów.
Jest jeszcze dużo spraw ciekawych i jesteśmy też w ciekawej fazie rozmowy o mediach publicznych. Stan legislacyjny dobrze znamy – jest jeden akt prawny w tej chwili, tak zwana ustawa autorstwa poseł Śledzińskiej-Katarasińskiej, zawetowana przez Prezydenta. Jest poprawka do ustawy abonamentowej, która ma zabrać pieniądze telewizji, bo nie będą płacili emeryci, renciści, bezrobotni, co ograniczy wpływy z abonamentu. I wreszcie mamy powołany w Ministerstwie Kultury zespół pod kierownictwem profesora Tadeusza Kowalskiego, który ma opracowywać ogólną ustawę, choć z tego, co wiem nieformalnie, to ma być ustawa o mediach publicznych. Nie o całym ładzie medialnym, jego regulatorach, tylko o mediach publicznych. Świadczy to o pewnej konfuzji politycznej, bo nie powinno się robić się kilku ustaw dla jednorodnej problematyki. Należałoby uwzględnić całe prawo telekomunikacyjne wobec konwergencji środków technicznych telekomunikacji. Jeśli mowa o jednolitym regulatorze, to trzeba mówić o całym obszarze, który by on regulował. Nie jest więc dobrze, choć nie chcę powiedzieć, że jest tak najgorzej. Do niedawna mieliśmy tylko do czynienia z bardzo chaotycznymi próbami i z dyskusją publiczną na łamach gazet i w innych ważnych mediach. Z dyskusją chaotyczną, bo nie brakowało głosów zupełnie egzotycznych, nie chcę do nich wracać. Teraz jest inaczej, teraz jest zespół profesora Kowalskiego, z tego co wiem, zaczął prace od konsultacji społecznych. Obiecuje, że nadal będzie się konsultował. Zobaczymy, co będzie. Ale zapowiedzi są dobre.
Musimy to bacznie obserwować, a wyłoniły się już teraz trwałe ośrodki, które pracują i konsekwentnie zabierają głos. Jeden to ośrodek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, z inicjatywy Krystyny Mokrosińskiej, razem z rektorem Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi. Jest też inicjatywa dyskusji w Warszawskim Oddziale Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Oprócz tego jeszcze dwie inicjatywy - filmowców polskich, którzy pracują nad ustawą od dawna, również konsekwentnie i jasno. Ostatnio dołączył i zespół, o którym wspomniałem – Stowarzyszenie Wolnego Słowa, określiliśmy sobie takie ramy programowe, tekst teraz Państwu rozdamy, bo jako prezes patronuję tej pracy (najwięcej pracy jak zwykle włożył jej ekspert, Karol Jakubowicz), ale te ramy są wynikiem uzgodnień całego zespołu, chyba też konsekwentne i dość dobre. Ja bym namawiał do szczególnego teoretyzowania dalej, żeby wykorzystać tę sytuację dla uczestniczenia w konsultacjach społecznych w sprawie ustawy medialnej.
Proponował bym, żeby wszyscy ci społeczni uczestnicy spotkali się i spróbowali wypracować jakieś wspólne stanowisko. Wszystkie te stowarzyszenia składają się z osób, które się znają, nie powinno być technicznych problemów, a jeśli chodzi o treść, myślę, że powinna ona urodzić się w trakcie dyskusji. Wtedy wpływ czynnika społecznego na wyobraźnię polityków będzie zupełnie inny.
Stefan Bratkowski - prezes honorowy Stow. Dziennikarzy Polskich
OPINIA NA TEMAT MEDIÓW PUBLICZNYCH
Skoro mam wreszcie okazję zaprezentowania swej opinii, pozwolę sobie zająć się podstawami ustrojowymi mediów publicznych. Uważam za swój obowiązek powiedzieć, jak mogłoby to wyglądać zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, zasadami prawa publicznego i zasadami zarządzania, które staram się popularyzować w naszym kraju od lat blisko 40.
Zacznę od grzechu pierworodnego, który tkwi już w samym podejściu do sprawy. Medium publiczne jest instytucją państwową, a nie prywatną, ani partyjną, i z tego tytułu powinno podlegać prawu publicznemu. Niestety, „socjalizm” wykreślił z naszej tradycji i nauczania uniwersyteckiego pojęcie „prawa publicznego”, i do tej pory nie udało się go przywrócić naszej filozofii prawa. Od czasów rzymskich, po którym Europa dziedziczy prawo i pojęcia prawne, prawo publiczne w odróżnieniu od prawa prywatnego obejmuje te dziedziny norm, które dotyczą funkcjonowania władzy i stosunków władzy z obywatelem. Otóż „osobami prawa publicznego” są wszelkie instytucje systemu państwowego. Stosuje się wobec nich czasem normy, analogiczne do norm prawa prywatnego (zwłaszcza normy w charakterze ogólnym), ale w zasadzie dla każdego rodzaju instytucji ustanawia się normy, dla niego właściwie (inne dla organizacji i funkcjonowania armii, inne dla zarządu lasów).
Media publiczne są instytucjami systemu państwowego, a nie jakąś szczególną formą własności i zarządu, zatem i prawa. Jako instytucje systemu państwowego są „osobami prawa publicznego”. Zastosowanie do mediów publicznych {wyłącznie} prawa handlowego było, najdelikatniej mówiąc, nieporozumieniem. Ich celem nie jest i nie może być – zysk i konkurencja handlowa z mediami prywatnymi, ani w sferze pozyskiwania reklam, ani w sferze podkupywania pracowników. Jest to bowiem na dobitek – przy obecnym zasięgu mediów publicznych – konkurencja nieuczciwa.
Ta dziwna hybryda jest nieporozumieniem kosztownym, cierpi na wszystkie choroby biurokratyczne instytucji publicznych z wybujałą nadbudową, mogącą konkurować z wieloma ministerstwami, a co zabawne, te choroby wynikły właśnie z zastosowania ustroju, właściwego dla osób prawa handlowego. Mamy tu i rady nadzorcze, i rozbudowane zarządy, central telewizyjnej i radiowej, oraz kilkunastu regionalnych stacji telewizyjnych i rozgłośni radiowych. Kosztują one rocznie ponad 1 mld zł, wydawanych na utrzymanie urzędników i osób całkowicie niepotrzebnych, z reguły partyjnych kumpli i znajomków – wynagrodzenia, utrzymanie biur, telekomunikację, samochody, itd. Żeby uzmysłowić nam, jak bardzo są te struktury niepotrzebne, starczy to ująć obrazowo: gdyby którejś nocy czarodziejską różdżką zlikwidować frontowy budynek TVP na Woronicza i nowy budynek dla zarządu, w niczym nie zakłóciłoby to działania telewizji, ponieważ nawet i technika mieści się z tyłu, włącznie z jej praktycznym kierownictwem.
Dla uwolnienia telewizji i radia od komenderowania przez polityków nie mają znaczenia źródła finansowania. Abonament jest równie „państwowym” źródłem finansowania jak bezpośrednie dotacje z budżetu czy też określony procent budżetu, przeznaczony na działalność kulturalną, lub inne źródła, jeśli egzekwuje należności aparat państwa. Naprawdę istotny jest – żebyśmy nie mieli wątpliwości - tryb powoływania kierownictwa oraz precyzyjne ustalenie zadań i trybu funkcjonowania takich instytucji jak telewizja publiczna i publiczne radio. Na marginesie: Konstytucja nie przyznaje Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji żadnych uprawnień władczych, ani w sferze powoływania kierownictwa mediów publicznych, ani w sferze przydziału częstotliwości. Te ostatnie uprawnienia stracą w ogóle znaczenie przy cyfryzacji oraz możliwości uruchamiania telewizji internetowej. Każda witryna już dzisiaj może przekazywać obrazy ruchome na bieżąco. Jedyne, co będzie potrzebne w eterze, to porządek – żeby sobie użytkownicy nie wchodzili sobie wzajem na częstotliwości.
Zarówno telewizji publicznej, jak i radiu (ogólnokrajowym i regionalnym) wystarczy powołanie w trybie otwartego, publicznego konkursu – prezesa, przy którym wiceprezesami, zdolnymi w każdej chwili go zastąpić w pełnieniu obowiązków, byliby dyrektorzy anten.
Istotny jest skład grona osób, decydujących o wyniku konkursu (powołanych ew. przez KRRiT). Powinien być on podany do publicznej wiadomości, z przedstawieniem kwalifikacji do wykonania takiego zadania, kwalifikacji zarówno zawodowych, jak moralnych, z wykluczeniem członków partii politycznych. Tak samo podać należy do publicznej wiadomości kryteria dopuszczenia do konkursu (kwalifikacje zawodowe, sprawdzone umiejętności w zakresie zarządzania, kwalifikacje intelektualne i walory moralne), a przesłuchania konkursowe prowadzić w trybie otwartym i publicznym, transmitując je w telewizji i radiu. Decyzja, rozstrzygająca o obsadzie stanowiska, powinna być podana do publicznej wiadomości z uzasadnieniem decyzji.
Ustawa powinna regulować zadania (czyli tzw. „misję”) poszczególnych anten, umożliwiając powołanie określonych nowych anten. Powinna przede wszystkim określać zadania w sferze edukacji społecznej, obywatelskiej i kulturalnej. Mam tu na myśli wiedzę o demokracji i jej instytucjach. Naprawdę można atrakcyjnie zwracać uwagę na istotne procesy i wydarzenia z wyjaśnianiem ich mechanizmów, na ważne zjawiska kulturowe, w tym również kulturę obyczajów w życiu publicznym (także w zachowaniach przed kamerami!) i w życiu prywatnym. Można umiejętnie popularyzować osiągnięcia życia kulturalnego, wybitnych przedstawicieli nauki, sztuki i techniki, w sposób ciekawy i atrakcyjny prezentować ciekawe postaci, wydarzenia, zjawiska, procesy społeczne krajowe i zagraniczne, funkcjonowanie udanych demokracji i wiedzę obywatelską, itp. Ustawa może oczywiście regulować zadania i obowiązki mediów publicznych w zakresie sprawozdawczości dotyczącej działania sejmu, senatu i rządu; zasady udzielania czasu przedstawicielom tych organów; tryb bezpłatnego udzielania czasu w okresie kampanii wyborczej, ale w normalnych mediach publicznych nie trzeba tego regulować ustawą. Dla podziału czasu w okresie kampanii wystarczy porozumienie między partiami i komitetami wyborczymi.
Wszystko to są postulaty, których formułowanie w ogóle byłoby niepotrzebne przy utrwalonych dobrych obyczajach i kwalifikacjach zawodowych w gronie szefów TVP i radia, ale w dzisiejszej sytuacji lepiej określić, czego należy oczekiwać, a co można oceniać i sprawdzać. Jednocześnie takie postulaty określiłyby to, co różnić powinno media publiczne od prywatnych, którym nie można narzucać przymusem ustawowym obowiązków i zadań w sferze ich „misji” mediów.
Ustawa powinna precyzyjnie określać, czego w mediach publicznych robić nie wolno, a więc wykluczać ukrytą reklamę, używanie słów uznawanych za ordynarne, manipulacje wpisujące się w gry polityczne między partiami, naruszanie zasad przydziału czasu poszczególnym organom państwa czy przedstawicielom partii itd.
Ustawa, co najważniejsze, powinna przewidywać, że pracownikami na kierowniczych stanowiskach w publicznej telewizji i radiu nie mogą być ani byli, ani aktualni członkowie partii politycznych. Nie mogą również sprawować funkcji kierowniczych osoby, które prowadzą działalność, regulowaną prawem handlowym, ani ich współmałżonkowie – dla zatrudnienia kogoś takiego powinna być wymagana specjalna zgoda ciała nadzorującego.
Nasze media publiczne mogą odgrywać wielką rolę w postępie naszej demokracji i w rozwoju gospodarczym. Można je robić bardzo atrakcyjnie, jeśli będą je robić wysokiej klasy zawodowcy, przyzwoicie opłacani – co jest w pełni możliwe, o ile uwolni się te media od kosztów biurokracji.
I na koniec jeden podstawowy postulat: regulacje prawne powinny być jasne i zrozumiałe dla nas, obywateli, a nie tylko dla biurokracji radiowo-telewizyjnej. To przede wszystkim my powinniśmy wiedzieć, czego oczekiwać u wymagać od mediów publicznych.
Debata o Mediach Publicznych